Maroko 2026
9 – 19 kwietnia
W królestwie Maroka
Zamiast tradycyjnej wycieczki wielkanocnej wybraliśmy się w tym roku znacznie dalej, bo aż do Afryki, do Maroka. Ponieważ grupa podróżowała różnymi liniami, punktem zbornym był hotel w nowej, eleganckiej dzielnicy Marakeszu. Spotkaliśmy się w komplecie na śniadaniu, po czym pod opieką naszej pilotki p. Doroty i miejscowego organizatora Noura z rodu Berberów wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta, zwanego Czerwonym, ze względu na powszechnie stosowany odcień tynków. Zaczęliśmy od meczetu Koutoubia z XII wiecznym minaretem, który stał się wzorem dla tego typu budowli w całym Maroku, aż po dzień dzisiejszy. Niestety, poza jednym wyjątkiem, meczety w Maroku są dostępne jedynie dla wyznawców Proroka, więc musieliśmy się zadowolić obejrzeniem zabytku z zewnątrz. Następnie przechodzac przez pustawy jeszcze plac Jemaa el Fna zanurzyliśmy się w labiryncie marakeskiej Mediny. Wśród setek sklepików i warsztatów można błądzić godzinami. Weszliśmy do bardziej okazałej apteki ziołowej, gdzie odbyła się prezentacja w wykonaniu prawdziwego showmana, w dodatku mówiącego po polsku. W obrębie mediny odwiedziliśmy też medresę, czyli szkołę koraniczną. Była to okazja do zobaczenia zabytku od środka i podziwiania wytwornych zdobień. Przerwa na lunch przeciągnęła się ponad miarę, ale przed nadciągającą burzą zdążyliśmy jeszcze zwiedzić pałac El Bahia, zbudowany przez wezyra w XIX w. Burza była połączona z długotrwałą ulewą, co zmusiło nas do wcześniejszego powrotu do hotelu, z uczuciem pewnego niedosytu, jeśli chodzi o zwiedzanie tego ciekawego miasta.
Nazajutrz pojechaliśmy do Rabatu, stolicy Maroka. Po drodze wjechaliśmy do Casablanki żeby zobaczyć, wyjątkowo dostępny dla niewiernych, meczet Hassana II, jeden z największych na świecie. Budowla, wzniesiona częściowo ponad wodami oceanu, robi wrażenie ogromem (minaret ma 200 m!) i wspaniałym wystrojem, ale nie czułem w nim religijnej atmosfery. Do Rabatu dojechaliśmy akurat w porze lunchu. Po południu zobaczyliśmy gmachy i bramy królewskiego pałacu, a potem mauzoleum Mohammeda V, który odnowił niepodległość Maroka (1956). Nieopodal wznosi się Wieża Hassana z XII w. pozostałość po istniejącym w tym miejscu meczecie. Na koniec wróciliśmy blisko morza pospacerować po twierdzy (kasbie) Oudaias, także pochodzącej z XII w. Roztaczają się z niej rozległe widoki na Rabat i Atlantyk. Znów zrobiło się pochmurno, zimno i zaczął padać deszcz, który na szczęście dość szybko ustał. Nocleg mieliśmy w nowoczesnej części miasta.
Z Rabatu skierowaliśmy się do położonego w górach Rif Szafszawanu. Na miejsce dotarliśmy po południu i po zakwaterowaniu w sympatycznym pensjonacie wyruszyliśmy na zwiedzanie tego niezwykłego miasta. Jego historyczne jądro (medina) położone jest na górskim zboczu a domy pomalowane są ultramaryną. W plątaninie stromych uliczek natrafić można na urocze zaułki. W Szafszawanie mieliśmy dwa noclegi (miłe wytchnienie w podróży) ponieważ następnego dnia w planie była wycieczka w góry.
Podjechaliśmy do miejscowości Akchour, która znajduje się już na terenie Parku Narodowego Talassemtane, skąd zrobiliśmy kilkugodzinną wycieczkę. Najpierw szliśmy wzdłuż rzeczki, która tworzy malownicze kaskady na wapiennych progach, a następnie w głąb innej doliny by obejrzeć naturalny skalny most. Było sporo kwiatów, a w lesie pokazały się makaki. Przechodząc koło wioski zauważyliśmy też uprawę marihuany, która (niby nielegalna, ale tolerowana) stanowi ważne źródło utrzymania miejscowej ludności. Po powrocie do Szafszawanu chętni mogli jeszcze znowu pospacerować po uliczkach niebieskiego miasteczka i dokonać różnych zakupów.
Kolejny dzień i kolejny spory kawał do przejechania: z Szafszawanu do Fezu, gdzie dojechaliśmy akurat w porze lunchu. Fez ma największą medinę: 90 km wąskich, krętych, częściowo zadaszonych i tłocznych uliczek, która otoczona jest średniowiecznymi murami. Po posiłku w stylowym rijadzie zaczęliśmy spacer po labiryncie. Wśród domów kryją się też interesujące zabytki. Meczety, niestety niedostępne, ale do mauzoleum Moulaya Idrisa można było przynajmniej zajrzeć przez otwarte drzwi, zobaczylismy też medresę Attarine (XIV w.), która sąsiaduje z uniwersytetem, uchodzącym za najstarszy na świecie. Zobaczyliśmy też starą garbarnię, gdzie wciąż wyprawia się skóry metodami sprzed wieków, w warunkach, które muszą być niezwykle szkodliwe dla pracujących tam ludzi. Odwiedziliśmy również manufakturę, w której wytwarzane są marokańskie zellige.
Z Fezu ruszyliśmy na południe w kierunku pasma Atlasu Środkowego i położenego w nim Parku Narodowego Ifrane. Sama miejscowość Ifrane, zbudowana przez Francuzów jako letniskowa, zdumiewa swoją europejską architekturą. W parku mieliśmy bliskie spotkania z makakami, a co ważniejsze krótką wycieczkę przez majestatyczny las cedrowy. Oprowadzał nas po angielsku miejscowy przewodnik, kompetentny i komunikatywny. Na zakończenie wycieczki doszliśmy do autentycznego obozowiska pasterskiego, gdzie miejscowe kobiety przygotowały dla nas posiłek – smaczne danie z kaszką kus-kus. W dalszej drodze na południowy wschód przecięliśmy kolejny park narodowy – Kenifra. Zatrzymaliśmy się nad wysoko położonym (2075 m npm) jeziorem Sidi Ali. Udało się dostrzec trochę ptaków, w tym kilka par rzadkich u nas kaczek kazarek rdzawych. Na nocleg zatrzymaliśmy się w stylowo urządzonym hotelu niedaleko miejscowości Midelt, położonej na wysokości ok.1500 m npm. Właściciel (?) hotelu to miłośnik geologii. W hotelu wykorzystano płyty kamienne bogate w skamieniałości. Nawet galanteria łazienkowa była zrobiona z takiego materiału, a w holu, wśród innych okazów wyeksponowana była płyta ze wspaniale zachowanymi krynoidami. Tak pięknych skamienielin liliowców jeszcze nigdy nie widziałem. Tak zorientowaliśmy się, że wjeżdżamy na tereny o niezwykłym bogactwie geologicznym.
Z Midelt kontynuowaliśmy naszą podróż, generalnie na południe, oglądając z autobusu zaśnieżone szczyty wschodniej części Atlasu Wysokiego (pasmo Jbel Ayachi 3737 m). Po kilkudziesięciu kilometrach dojechaliśmy do doliny zasobnej w wodę rzeki Ziz, która na kilkukilometrowym odcinku utworzyła malowniczy przełom. Dojechaliśmy do miasta Er-Rachidia, w którym nastąpiła awaria naszego autobusu. Stanął. Szczęśliwie tuż koło stacji benzynowej z bufetem. W tej sytuacji nasz berberyjski organizator Nour wykazał się niezwykłymi zdolnościami. W ciągu godziny podjechał zastępczy autobus, którym mogliśmy kontynuować podróż w kierunku pustyni. Nasz pojazd, po naprawieniu, podstawiono nazajutrz rano! Jadąc cały czas wzdłuż rzeki Ziz obserwowaliśmy ciągnącą się dziesiątkami kilometrów wąską smugę plantacji daktylowych. Pas intensywnej zieleni przecinający zupełnie jałowy krajobraz. W miasteczku Rissani zjedliśmy lunch i odwiedzili mauzoleum Moulaya Ali, protoplasty dynastii Alawitów, która panuje w Maroku do dzisiaj. Z miasteczka, już niedaleko było do Merzougi, położonej przy obszarze wielkich, piaszczystych wydm. Bez wątpienia byliśmy na Saharze, niespełna 30 km od algierskiej granicy. Tu zmieniliśmy rodzaj transportu, większość z nas przesiadła się na wielbłądy, a kilka skorzystało z podwózki samochodami terenowymi. Celem było obozowisko położone wśród wydm, gdzie mieliśmy spędzić pustynną noc. Otoczenie rzeczywiście było naturalne, natomiast „namioty” okazały się raczej komfortowymi bungalowami. Po doskonałej kolacji posłuchaliśmy berberyjskich pieśni z towarzyszeniem bębnów, było też nieco tańca. Gdy już światła pogasły długo wpatrywaliśmy się w rozgwieżdżone niebo.
Rankiem, już wszyscy transportem kołowym, wróciliśmy do Merzougi, gdzie czekał naprawiony autobus. Koło Rissani odwiedziliśmy zakład kamieniarski, gdzie można było kupić interesujące pamiątki ze skamieniałościami, a następnie pojechaliśmy na zachód kierując się na Tineghir. Droga prowadziła wyżyną, pomiędzy Atlasem Wysokim na północy a Antyatlasem na południu na wys. ok. 1000 m npm. Mijaliśmy charakterystyczne ksary czyli obronne wioski z murami ulepionymi z gliny. Za Tineghirem skręciliśmy na północ aby wjechać do skalistego wąwozu Todry. To majestatyczne miejsce dużo traci, gdyż droga przez wąwóz jest obstawiona kramami. Wróciliśmy do głównej drogi i skierowaliśmy się na zachód, w kierunku miasteczka Boumalne, za którym skręciliśmy do kolejnego wąwozu Dades. Wznosząc się głęboką i wąską doliną rzeki Dades obserwowaliśmy ksary, porzucone kazby i ciekawe formacje skalne. Dojechaliśmy do miejscowości Ait Ouf (ok. 1700 m npm) pod nasz pensjonat ale okazało się, że nie wchodzimy do środka, tylko przesiadamy się do miejscowych (dość wysłużonych) busików i jedziemy dalej. Wkrótce okazało się dlaczego – wąska szosa zaczęła piąć się stromo serpentynami po przepaścistym zboczu. Stanowczo ta droga nie nadawała się dla dużego autobusu. Po kilku kilometrach dojechaliśmy do najwęższego miejsca wąwozu ujętego w kilkusetmetrowe skalne ściany. Tutaj nie było kramów, być może dlatego, że miało się już ku wieczorowi. Po przejściu tego odcinka zjechaliśmy z powrotem i zakwaterowaliśmy się w hotelu, który okazał się ślicznie urządzony w miejscowym stylu i do tego serwował świetne jedzenie.
Zjechaliśmy z powrotem do głównej szosy, zwanej Drogą Tysiąca Kazb kontynuując jazdę na zachód. Przejechaliśmy przez obszar uprawy róży damasceńskiej zmierzając do Ouarzazate, w którym znajduje się wielkie studio filmowe gdzie zrealizowano wielkie produkcje wymagające pustynnego decorum. Przed miastem zboczyliśmy nieco, aby zbliżyć się do elektrowni solarnej. Wieża światła płonęła nisko nad horyzontem, trochę nauki i techniki, ale i trochę baśni. Dotychczas oglądaliśmy ksary i kazby z dystansu. Teraz skierowaliśmy się do najsłynniejszej z nich, wpisanego na listę UNESCO Ait Benhaddou, znanego z filmów i pocztówek. Wędrowaliśmy po uliczkach miasteczka-twierdzy, aż na szczyt wzgórza z rozległym widokiem. W ksarze Benhaddou mieszka obecnie zaledwie kilkanaście osób (mieszkańcy przenieśli się do nowej dzielnicy, gdzie warunki życia są znacznie lepsze), ale zabytek jest dobrze utrzymany i widać, że ciągle prowadzone są prace zabezpieczające. Podążając nadal Drogą Tysiąca Kazb wspinaliśmy się na przełęcz Tizi-n-Tichka (2260 m) w Atlasie Wysokim. Po drodze zatrzymaliśmy się w kooperatywie, gdzie produkowane są wyroby z oleju arganowego, cenionego w kosmetyce i kuchni. Po krótkim postoju na przełęczy rozpoczęliśmy długi zjazd na północną stronę Atlasu, w kierunku Marakeszu, do znanego nam już hotelu. W ten sposób, po pokonaniu ok. 2500 km zakończyliśmy nasz objazd Maroka. Następnego dnia większość uczestników wróciła do Krakowa, ale kilka osób zostało jeszcze na kilka dni.
Nasza dziesięciodniowa podróż przez Maroko dostarczyła nam wielu wrażeń i pozwoliła nabrać ogólnej orientacji co do zróżnicowania środowiska przyrodniczego tego rozległego kraju, jak i jego bogactwa kulturowego. Teraz można pomyśleć o wycieczkach bardziej sprofilowanych pod względem tematycznym.